Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maria Teresa Carloni. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maria Teresa Carloni. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 października 2012

MARIA TERESA CARLONI CZ. III


"Dla Boga nie ma nic niemożliwego" (cz. 3) 


Misją Marii Teresy Carloni, włoskiej mistyczki-stygmatyczki, był o niesienie pomocy Kościołowi prześladowanemu na Wschodzie. Oto trzecia odsłona historii Bożego działania przez nią w życiu Kościoła .

 W Polsce Maria Teresa była w Polsce dwa razy: w 1963 i 1965 r. Prymas Wyszyński zadbał o to, aby program tych wizyt dał jej obraz Polski, jej życia duchowego w warunkach tworzonych przez reżym komunistyczny. Maria Teresa zwiedziła poza Warszawą Laski , Częstochowę , Kraków, Gniezno i szlak piastowski. Swoje refleksje spisała po powrocie: "Naród polski doznał ogromnych krzywd, był poniżany i gnębiony (...). Aby dobrze poznać Polaków, nie można zatrzymywać się na chwili obecnej, lecz trzeba obiektywnie przyjrzeć się kalwarii, jaką przeszli... Naród polski wyrósł i został ukształtowany poprzez swe doświadczenia, ale jego siła tkwi także w tym, co stanowi jego cechę charakterystyczną, co odróżnia go od innych narodów, co go uformowało i co nim kieruje. Jest to jego dobroć i wiara (...). Taki jest Polak : mając świadomość ,że jest katolikiem, nie zapomina, że jest jednocześnie obywatelem i osobą zasługującą na wolność i szacunek".

Częstochowa zrobiła na Marii Teresie szczególne wrażenie: "Obserwując ludzi wpatrzonych w oblicze Czarnej Madonny, naprawdę zrozumiałam, że na tej ziemi trzeba więcej heroizmu, żeby żyć, niż żeby umrzeć ! Kto nie był w Polsce, nie może tego zrozumieć ... Będąc w Częstochowie w okresie największego napływu pielgrzymów albo w święta maryjne, doznaje się czegoś nadzwyczajnego. Doświadcza się, co to znaczy » żyć« W pełnym tego słowa znaczeniu; można by rzec: po prostu się »żyje« .

Był też czas na długie rozmowy z prymasem, na poznanie nowych biskupów dla Wschodu, chwilowo przygotowujących się konspiracyjnie jako zwykli księża do tej misji pod okiem prymasa Wyszyńskiego. Na życzenie biskupa Slipyja zbierała informacje o sytuacji i warunkach egzystencji wiernych i kapłanów obrządku greckokatolickiego.

Współpraca z Pawłem VI 

Współpraca z papieżem Pawłem VI układała się nieco inaczej niż z dwoma jego poprzednikami. Sam Ojciec Święty w pełni popierał działalność Marii Teresy. Gdy ją po znał , powiedział: "Wyrażam zg o d ę , błogosławię , zachęcam i błagam o kontynuację dzieła".

Utrudnienia przyszły ze strony urzędników watykańskich . Gdy Maria Teresa prosił a o audiencję u papieża, żądali składania prośby na piśmie z określeniem , kto ją składa , w jakiej sprawie i po co. A przecież wszystko musiało przebiegać i pozostawać w głębokiej tajemnicy, bo tego wymagali ci, w imieniu których mistyczka miała rozmawiać - i tylko papieżowi osobiście mogła wręczać powierzone sobie materiały.

Paweł VI miał też inną koncepcję działania na rzecz Kościoła Milczenia. Chciał mianowicie uzyskać dla niego jakiś , choćby niewielki na początek, wycinek tolerancji, a drogą do tego miałoby być nawiązanie oficjalnych kontaktów z władzami państwowymi . Ojciec Święty nie zdawał sobie jednak sprawy z tego, że w systemie komunistycznym wszystko się obiecuje, ale niczego się nie dotrzymuje. Maria Teresa już znała na tyle warunki życia religijnego w tym systemie, że nie miała złudzeń , natomiast palącą dla niej sprawą była potrzeba niesienia pomocy doraźnej , natychmiastowej zagrożonym i prześladowanym.

Po ostatniej sesji II soboru watykańskiego, w grudniu 1965 r., mistyczka odwiedziła przez bilokację [bilokacja mistyczna to równoczesna dostrzegalność .,w cielesnej postaci" tej samej (żyjącej) osoby w 2 różnych miejscach - przyp. red.] Kościoły tych państw i krain, które nie były reprezentowane na soborze: Indochiny, Koreę , Syberię, Chiny, Ukrainę , NRD oraz kraje bałtyckie: Litwę , Łotwę i Esto n i ę . Wszędzie działały małe grupki wiernych, gromadzące się na modlitwie i - jeśli znalazł s i ę kapłan - na Eucharystii, a także pomagające sobie nawzajem w chwilach d oświadczenia .

Interwencje 

Tymczasem misja Marii Teresy wzbogacała się o nowe formy realizacji: przez kontakt mistyczny docierały do niej wezwania o pomoc, na które odpowiadała w zależności od zgłoszonej potrzeby.

 Czasem można było wysłać paczki żywnościowe do tych łagrów (zwłaszcza na Dalekiej Północy) , gdzie przymierano już głodem . Ale w innych przypadkach przesyłka już nie wystarczała i Maria Teresa musiała się tam udać osobiście za pośrednictwem daru bilokacji.

2 lutego 1976 r. wieczorem Maria Teresa zadzwoniła do swego ojca duchownego, ks. Campany, z informacją: "Jestem natarczywie wzywana do Rosji! Idę tam !".

W kopalni znajdującej się na pograniczu Litwy i Białorusi zawaliła się ściana , odcinając od wyjścia zatrudnionych w niej 27 więźniów pobliskiego łagru . Byli to Litwini i Rosjanie, katolicy i prawosławni, między innymi dwaj litewscy księża , jeden kapłan prawosławny i jeden subdiakon . Nic nie robiono, aby ich ratować , bo jako "religioznyje" i tak byli skazani na  śmierć w tej kopalni , zawał też został wywołany w tym celu. Strażnicy, oddzieleni od skazańców zawaloną ścianą, ujrzeli nagle nieznaną kobietę zbliżającą się do nich. Czując coś niezwykłego , rzucili w nią ciężkimi nożyc ami do cięcia metalu. Gdy ona pochwyciła narzędzie , uciekli w popłochu, pewni, że mają do czynienia z "siłą nieczystą". Maria Teresa, wiedziona nadprzyrodzoną mocą, uczyniła nożycami wyłom, przez który więźniowie uciekli z kopalni , a potem z terenu obozu, gdyż ich wyzwolicielka, posługując się zdobycznym narzędziem, poprzecinała w umówionych miejscach druty kolczaste okalające obóz, po czym "wróciła" do siebie, ale z o stała wewnętrznie znów przynaglona do powrotu w stan i miejsce bilokacji, bo uciekinierom trzeba było pomóc trafić w bezpieczne miejsce.

Władze obozu koncentracyjnego nie wszczęły pościgu za zbiegami, gdyż strażnicy z kopalni, chcąc ukryć fakt swojej ucieczki przed "nieczystą siłą" , zameldowali swoim przełożonym, że wszyscy więźniowie zginęli w zawale. Dostrzeżone później przejście wycięte w zasiekach okalających obóz i leżące obok nożyce utrzymali w tajemnicy, po cichu naprawili szkodę i wszystko wróciło do "normy".

Tymczasem Maria Teresa musiała zadbać o to, by uciekinierzy znaleźli schronienie u przyjaznych ludzi w okolicy. Litwini postanowili nocą zdążać ku litewskiej granicy, bo na terenie swego kraju mogli liczyć na bezpieczne ukrycie, pozostałych miejscowi ludzie przeprowadzali pieszo lub przewozili w furmankach w miejsca, gdzie mogliby się ukryć na czas dłuższy. Na posterunku granicznym z Litwą Maria Teresa odnalazła wojskowego, który był po kryjomu księdzem katolickim, i uzgodniła z nim, że w nocy uśpi swoich kolegów ze strażnicy i przepuści przez szlaban 16 zbiegów. Tylko ten kapłan w mundurze wiedział , że Maria Teresa jest tam na mocy daru bilokacji , pozostali brali ją za jakąś heroiczną Rosjankę ratującą uciekinierów. W ciągu kilku najbliższych dni wszyscy znaleźli się w rodzinach albo innych bezpiecznych miejscach. O szczęśliwym dotarciu tam wszystkich Maria Teresa została powiadomiona przez głosy wewnętrzne już w Urbanii.

 Krótko potem Maria Teresa i jej kierownik duchowy otrzymali audiencję u papieża Pawła VI. Wręczyli mu płótno haftowane przez Litwinów na Syberii, którzy w ten sposób chcieli podziękować za pomoc Kościoła . Wzruszony papież przyjął dar, który jego zdaniem miał wartość relikwii.

Wlistopadzie 1976 r. głos wewnętrzny powiadomił mistyczkę o rozruchach na pograniczu Litwy i Łotwy, skutkom których musi zaradzić. Spowiednik tak opisał tę interwencję : "Aby uderzyć w rodziny katolickie, które nie chciały wyrzec się wiary, zabrano z domów jedenaścioro dzieci w wieku od 7 do 12 lat, załadowano je na ciężarówkę , a drzwi . zaplombowano. Kierowca, któremu kazano wywieźć dzieci, miał w pewnym momencie wyskoczyć z pędzącego samochodu, tak by ten stoczył się w przepaść razem z dziećmi . Oznaczało to dla nich pewną śmierć . Wezwana przez ukrywającego się litewskiego kapłana , Maria Teresa znalazła się za kierownicą pojazdu w tym samym momencie, gdy kierowca wyskoczył z ciężarówki. Jadąc z wielką prędkością, przekroczyła granicę Łotwy i znalazła się na terytorium Litwy. Strażnicy nie zdążyli opuścić szlabanu ani przyjrzeć się kierowcy. Ledwie zdążyli odskoczyć, żeby nie zginąć pod kołami ciężarówki. Łotewskie dzieci zostały umieszczone w bezpiecznym miejscu u wspaniałych litewskich katolików.

Ta bilokacja była dla Marii Teresy wyjątkowo wyczerpująca. Mimo że chodziło o zjawisko nadzwyczajne i cudowne, to i tak mistyczka musiała wł ożyć w nie potężny wysiłek, a to odbijało si ę na jej zdrowiu. Każda misja dojrzewał a w czasie".

W bezmiarze prześladowań na Wschodzie interwencje Marii Teresy zdają się kroplą w morzu. Gdy mistyczka rozmawiała z Panem Jezusem o niemożności zaradzenia wszystkim potrzebom, Chrystus wyjaśnił jej, że cudowne działania Boże następują wtedy, gdy człowiek sam, swymi siłami i możliwościami już nie może dać rady. Ale najpierw muszą być wykorzystane przyrodzone środki .

18 września 1977 r. wieczorem Maria Teresa zakomunikowała ks. Campanie: "Za kilka godzin idę na Litwę . Sześciu Litwinów uciekło z obozu w Rosji. Nie mogą przedostać się do kraju" . Byli to młodzi chłopcy, najstarszy miał 17 lat. Nie mogli przejść przez granicę zabezpieczoną grubymi zwojami drutu kolczastego. O ratunek dla nich prosił kapłan , który pozostał w obozie i drogą wewnętrzną wzywał pomocy mistyczki, zdając sobie sprawę , że strażnicy ich zabiją przy próbie nawet zbliżenia się do zasieków. Maria Teresa znalazła się w miejscu, gdzie ukryli się uciekinierzy, widoczna dla nich, a niewidoczna dla strażników; tym ostatnim ukryła karabiny i gdy ich szukali, uniosła zwoje drutu kolczastego tak, że chłop cy prześlizgnęli się pod nimi i rozbiegli po drugiej stronie.

Pan Jezus wiedział , że Maria Teresa jest u kresu sił i zdrowia, że gdyby nie Jego łaski - dawno powinna już nie żyć. Zaczął ograniczać jej zaangażowania, w tym też interwencje. Misja się kończyła : drogi kontaktu z Kościołem Milczenia, wydeptane przez mistyczkę , już były utrwalone, nominacje biskupów w miejsce męczenników dokonane, przez kraje bloku komunistycznego szedł już ferment, zapoczątkowany najpierw wyborem papieża z kraju "demokracji ludowej" - Jana Pawła II, a potem strajkami i powstaniem w Polsce Solidarności.

Ustawały przeżycia i znaki mistyczne Marii Teresy, nasilały się natomiast jej choroby. Pomimo cierpień promieniała głębokim pokojem wewnętrznym . Starała się nadal pomagać Kościołowi na Wschodzie, posyłając paczki, książki, informując o jego potrzebach . Jej przykład pociągał innych.

Przeżyła bardzo silnie śmierć dwóch kolejnych papieży : Pawła VI i Jana Pawła I - drogą mistyczną otrzymała upewnienie, że są w niebie.

Wybór Jana Pawła II na stolicę Piotrową przyjęła z wielką radością. Kardynała Wojtyłę znała ze swoich wizyt w Polsce. Po zamachu na jego życie otrzymała znów dar bilokacji i mogła spędzić kilka godzin w klinice Gemelli przy łóżku papieża.

Potem przyszła wieść o śmierci "Brata Stefana", umiłowanego przez Marię Teresę prymasa Wyszyńskiego . Mistyczka czuła, że i jej godzina się zbliża.

17 stycznia 1983 r. zmarła niestrudzona orędowniczka i wspomożycielka Kościoła Milczenia, wielka córka Kościoła powszechnego. Na jej pogrzebie biskup Jaroslav Skardvada z Pragi tak zwrócił s ię do zmarłej : " Dziękuję Ci, Mario Tereso, za wszystko, co zrobiłaś dla mnie, dla nas wszystkich, dla naszych braci. Twoja ofiara i twoje cierpienia stały się ziarnem wydającym owoc wszędzie, gdzie kwitnie wiara, a jej wzrostu nikt nie powstrzyma".

Teresa Tyszkiewicz

Źródło : Alberto Di Chio, Luciana Mirri: Maria Teresa Carloni - apostołka prześladowanego Kościoła, Warszawa 2009 Wyd. Sióstr Loretanek

wtorek, 31 lipca 2012

MARIA TERESA CARLONI CZ. II

„Dla Boga nie ma nic niemożliwego” 



 Maria Teresa Carloni, włoska mistyczka-stygmatyczka, została wybrana przez Boga, aby nieść pomoc Kościołowi prześladowanemu na Wschodzie. Jej misja jest dowodem na to, że modlitwa i ofiara człowieka w zjednoczeniu z męką Jezusa Chrystusa może uruchomić wydarzenia cudowne.


Kościół Milczenia

W systemie totalitarnym stworzonym przez Stalina poczesne miejsce zajmowała bezwzględna walka z religią, nazywaną „opium dla mas”. Żeby odciągnąć ludzi od Boga i praktyk religijnych, trzeba było najpierw zohydzić w ich oczach duchowieństwo, przedstawić duchownych jako wyzyskiwaczy, którzy sprawują magiczne obrzędy za odpowiednią zapłatą, oszukując prosty lud, naiwnie wierzący w takie zabobony. Duchowieństwo katolickie znów – to szpiedzy Watykanu, wrogowie ustroju, ludzie na usługach imperializmu. Wobec wiernych i duchownych obrządków unickich (których było wiele nie tylko na Ukrainie, ale też na Bałkanach) zastosowano osobną taktykę: uznając ich za odszczepieńców od prawosławia, urządzono pokazowe zjazdy „powrotu do jedności”, wcielając ich siłą do Kościoła prawosławnego i uniemożliwiając im wszelkie kontakty z Kościołem katolickim, a przede wszystkim ze Stolicą Apostolską. Kościół prawosławny natomiast podporządkowano władzy państwowej i starano się podobne enklawy tworzyć w Kościele katolickim, obiecując różne przywileje pod warunkiem lojalności wobec dyrektyw rządowych, a wyrzeczenia się posłuszeństwa Rzymowi. Udało się to przede wszystkim w Chinach; w Polsce taką próbą było stworzenie ruchu „księży patriotów”, która się nie udała.

Komunizmowi nie wystarczyło uderzyć w duchowieństwo – chciał uderzyć w samą religię, w Boga, odzwyczaić ludzi od pacierza, cerkwi i nabożeństwa, aby uczynić obcymi same pojęcia: Bóg, wiara, życie wieczne.

Walka z Bogiem zaczęła się w Związku Radzieckim razem z rewolucją październikową w 1917 r.; później przeniosła się ona wraz z ustrojem komunistycznym do krajów całego bloku, a więc do krajów demokracji ludowej oraz do Chin. W praktyce prześladowania religijne rozciągnęły się od wschodniej Europy do Oceanu Spokojnego. W Chinach trwają do dziś.

Na tym polu śmierć Stalina w 1953 r. nie przyniosła zmian. Kościoły unickie były zdelegalizowane, wierni obrządków unickich ścigani za jakikolwiek przejaw życia religijnego lub próby szukania pomocy duchowej u księży katolickich. Kościół katolicki bardzo ograniczony na polu duszpasterskim, biskupi wygnani ze swoich diecezji, więzieni lub internowani; w ZSRR organizacja kościelna nie istnieje, księża w większości zesłani do łagrów, kościoły zamknięte… Wszystko działo się za „żelazną kurtyną” oddzielającą Związek Radziecki od krajów Zachodu; chodziło o to, aby zamknąć wszelkie kanały informacyjne mogące mówić wolnemu światu o tym, co się działo i co się dzieje tam, gdzie panuje ustrój komunistyczny. A wewnątrz „bloku” panował strach zamykający ludziom usta. W ZSRR nawet rodziny nie śmiały się dowiadywać o los swych aresztowanych członków. Prześladowany Kościół nie miał jak mówić o sobie; właśnie o to władzy chodziło, aby na temat Boga, wiary, skazanych czy zabitych kapłanów panowało milczenie. Taktykę milczenia stosowano częściej – znamy jej mechanizm użyty wobec zbrodni katyńskiej.

Maria Teresa poznaje swoją misję

W Jugosławii panował reżym komunistyczny oraz dyktatorskie rządy generała Broz-Tita. Arcybiskup Zagrzebia i prymas Chorwacji Alojzy Stepinac (dziś już błogosławiony) w pokazowym procesie został najpierw skazany na kilkanaście lat ciężkich robót, a w 1951 r. zmieniono mu tę karę na areszt domowy w Krasiciu, gdzie przebywał pod ścisłym nadzorem policyjnym. W całym kraju panowało prześladowanie religii, niemniej jednak do arcybiskupa dotarła wiadomość, że kilku księży z jego diecezji prowadzi konspiracyjną pracę duszpasterską, spotykając się małymi grupami wiernych. Biskup Stepinac bardzo zapragnął choć raz uczestniczyć w takim spotkaniu ze swymi owieczkami. Trudność stwarzała obstawa policyjna, ale także ciężka choroba nóg hierarchy, wyniesiona przezeń z obozu. Tym samym dotarcie piechotą do miejsca spotkania wymagałoby przezwyciężenia przez arcybiskupa nieopisanego bólu...

I tu zaczęła się misja Marii Teresy. O pragnieniu arcybiskupa Stepinaca powiedział jej „głos” wewnętrzny, pytając, czyby nie przejęła bólu hierarchy na siebie, aby mógł on dotrzeć do swoich wiernych. Maria Teresa się na to zgodziła; przez kilka godzin cierpiała bardzo, ale arcybiskup dotarł na spotkanie i wrócił szczęśliwie, niezauważony przez strażników.

Od tej pory, czyli od 1954 r., Maria Teresa na pytania „głosu” o zgodę odpowiadała, przyjmując cierpienia różnych męczenników Kościoła Milczenia. 6 grudnia 1954 r. otrzymała nowy dar wspomagania prześladowanego Kościoła.

Dzięki bilokacji mogła znaleźć się w różnych miejscach odosobnienia, gdzie więziono księży, biskupów oraz wiernych, którzy w danym momencie potrzebowali duchowego wsparcia po doznanych udrękach albo mieli ważne informacje do przekazania. Maria Teresa, wezwana „głosem”, nigdy nie odmówiła swego udziału, a zjawisko bilokacji zaczęło być u niej coraz częstsze. Polegało ono na tym, że Maria Teresa, pozostająca fizycznie w swoim mieszkaniu w Urbanii, była dostrzegana w swej cielesnej postaci gdzie indziej (nieraz w miejscu odległym o tysiące kilometrów). Tam rozmawiała, czyniła różne rzeczy ponadnaturalne, na przykład przechodziła przez zamknięte bramy i zasieki z drutu kolczastego. Była widoczna tylko dla tych osób, do których została posłana. Każdy przypadek bilokacji był wynikiem wyraźnej interwencji nadprzyrodzonej.

Drugim zjawiskiem cudownym, w którym uczestniczyła Maria Teresa, były słowne przekazy. Obok „głosu” mówiącego wewnętrznie zaczęły się do niej odzywać głosy różnych osób, głównie duchownych zza żelaznej kurtyny, proszących ją o taką czy inną formę pomocy. Maria Teresa przekazywała je swemu kierownikowi duchowemu, ks. Cristoforowi Campanie, który od początku jej przeżyć mistycznych czuwał nad nią, nad zgodnością przekazów z prawdami wiary i dobrem Kościoła. On tak tłumaczył zjawisko „przekazów nadprzyrodzonych”: „Osoba prowadząca rozmowę za pośrednictwem Marii Teresy czuła w swym umyśle przemożną siłę i doskonale rozumiała, że jest to potężne wezwanie Boga, który przez pośrednictwo Marii Teresy pozwala przekazywać informacje wyłącznie w tym jednym celu, jakim jest pomoc Kościołowi”. Większość przekazów była przeznaczona dla ks. Campany, aby je podał dalej, do Ojca Świętego włącznie. Wszystko musiało się odbywać w absolutnej dyskrecji, dla bezpieczeństwa osób korzystających z tego „mistycznego telefonu zaufania” i dla dobra całej sprawy. O problemach Kościoła Milczenia Ojciec Święty, a był nim wtedy Pius XII, dowiedział się dzięki Marii Teresie i jej spowiednikowi, więc to źródło informacji uznał za bezcenne.

W służbie Kościoła Milczenia

Misja Marii Teresy uzyskiwała coraz szersze wymiary. Spełniana dzięki darom mistycznym przybierała jednakże całkiem realną, konkretną, fizyczną postać. Tak doszły do skutku trzy podróże poświęcone pomocy dla Kościoła prześladowanego, w których Maria Teresa wzięła udział: do Innsbrucku od 5 do 7 czerwca 1955 r., Aten i Grecji od 28 lipca do 4 sierpnia tegoż roku oraz do Norymbergi od 27 maja do 16 czerwca 1956 r. W ich trakcie nastąpiły spotkania, narady oraz otworzyły się możliwości kontaktów i pomocy dla Kościoła w państwach bloku komunistycznego: ZSRR, Czechosłowacji, Węgier, Bułgarii, Jugosławii, Polski, Istrii, a nawet Chin i Indochin. Oczywiście bez darów mistycznych Marii Teresy to wszystko byłoby niemożliwe.

Wielką rolę odegrali też kardynał Joseph Wendel, arcybiskup Monachium, gorliwy wspomożyciel Kościoła na Wschodzie, oraz przedziwna postać młodego działacza komunistycznego, wysoko cenionego przez reżymowe władze węgierskie, znanego tylko pod pseudonimem Filip Trotzki, którym był de facto młody ksiądz, a potem biskup; wykorzystywał on swoje wysokie stanowisko, ażeby pomagać uwięzionym hierarchom, pośredniczyć między nimi a wolnym światem, wyrabiać przepustki i paszporty. Maria Teresa poznała go podczas swoich podróży. Ten niezmordowany, bezgranicznie poświęcony konspiracyjny kapłan kilka lat po święceniach prezbiteratu, na polecenie Piusa XII wyświęcony na biskupa przez kardynała Mindszentyego, krótko po spotkaniu w Norymberdze zmarł z wycieńczenia na galopujące suchoty.

Cokolwiek się działo na płaszczyźnie kontaktów z Kościołem Milczenia, było drobiazgowo przekazywane Ojcu Świętemu. Wiele spraw wymagało decyzji samego papieża, na przykład dyspensa od pewnych rygorów liturgicznych w potajemnym sprawowaniu sakramentów w obozach koncentracyjnych. A wszystko musiało być obwarowane ścisłą tajemnicą, tak aby przypadkiem, przez czyjąś nieostrożność, nie uległo dekonspiracji. Pośrednikiem między papieżem a Marią Teresą był jej kierownik duchowy ks. Campana.

Cud eucharystyczny

W pewnym momencie Pius XII zapragnął jednak osobistego poznania mistyczki. Audiencje, których w sumie było czternaście, zaczęły się w 1955 r., a skończyły w roku 1958, krótko przed śmiercią papieża. Termin poszczególnych audiencji był ustalany drogą duchową; trwały one nieraz wiele godzin, gdyż Ojciec Święty chciał być dokładnie poinformowany o wszystkim, co tylko Maria Teresa wiedziała o kimkolwiek z duchownych i Kościołów za żelazną kurtyną. Słysząc o formach więzienia i dręczenia, a także o heroizmie prześladowanych, papież nieraz płakał rzewnymi łzami.

Ojciec Święty interesował się także życiem duchowym mistyczki. Jednego dnia, dowiedziawszy się, jak głęboko Maria Teresa przeżywa Eucharystię, postanowił się przekonać o tym osobiście. Kiedy spacerowali we dwoje w ogrodach watykańskich, papież wyjął cyborium z czterema komunikantami, prosząc Marię Teresę o to, aby wskazała, które z nich są konsekrowane, a które nie. Ona bez namysłu dwa usunęła, a o pozostałych powiedziała: „Te są konsekrowane”. Papież odparł: „Poprośmy Boga, aby dał nam znak tego, że te dwie hostie są rzeczywiście konsekrowane”. Wtedy na komunikantach wystąpiły plamy krwi, które stopniowo zabarwiły je całe. Ojciec Święty upadł na kolana, widząc ten dowód rzeczywistości eucharystycznej.

Papież nakazywał ks. Campanie szczególną troskę o zdrowie i siły Marii Teresy, bo było widoczne, że szatan chciał utrudniać jej wizyty w Rzymie, gdyż podważały one imperium nienawiści i kłamstwa, które zbudował na Wschodzie. Z drugiej strony trwały jej doświadczenia mistyczne: stygmaty, godziny agonii, ekstazy – a wszystko to naznaczone wielkim cierpieniem. Każdą swoją bilokację opłacała Maria Teresa ogromnym wyczerpaniem fizycznym. Nachodziły ją także różne choroby i dolegliwości.

Pomimo wszystko Maria Teresa nie folgowała sobie. Złożyła ślub ubóstwa i realizowała go w ten sposób, że cały przypadający na nią majątek rodzinny przekazała swojemu bratu, sama zostając bez żadnych dochodów. Pracować zawodowo nie miała możliwości. Żyła w skromnym mieszkaniu, w którym była zorganizowana mała kapliczka z Najświętszym Sakramentem, a także znajdował się pokój gościnny dla przyjezdnych. Żywiła się tym, co przynieśli jej odwiedzający: raz było tego dużo, raz nie było nic... Wszystko, co dostawała w prezencie, było przeznaczane na pomoc dla Kościoła za żelazną kurtyną; organizowała grupy osób zaangażowanych w tę misję, zbierających pieniądze i dary (żywność, pomoce religijne, książki), wysyłane potem przez okazje na Wschód. Gdy dziwiono się, że tak licho się odżywia, Maria Teresa odpowiadała, że ludzie na Wschodzie żywią się o wiele gorzej niż ona.

Nikt się nie domyślał, że ta skromna, cicha, samotnie mieszkająca w Urbanii kobieta dźwiga na swych barkach tak ogromną i odpowiedzialną misję dla Kościoła.

Ślub czystości Maria Teresa złożyła już wiele wcześniej, wtedy, gdy postanowiła swoje życie oddać całkowicie Bogu. Radę ewangeliczną posłuszeństwa rozumiała jako bezwzględne podporządkowanie się Ojcu Świętemu i spowiednikowi; z tym ostatnim uzgadniała odpowiedź na każde wezwanie otrzymywane drogą mistyczną.

Misja w pełni

Właśnie tą drogą przyszło w 1958 r. polecenie, aby Maria Teresa udała się do Związku Radzieckiego, ale normalnie, jako turystka. Jechała bardzo niechętnie, bała się różnych przeciwności, przewidywanych na terenie tego kraju ponurej legendy, która nie była – niestety – legendą. O jej wycieczce zostało powiadomionych przekazem duchowym wielu kapłanów i wiele grup religijnych w ZSRR.

Wbrew początkowym obawom podróż przebiegła bardzo pomyślnie i przyniosła dobre owoce. Maria Teresa za dnia uczestniczyła w oficjalnym programie wycieczki (zwiedziła także mauzoleum Lenina), a wieczorem pracownicy hotelu z nocnej zmiany, wtajemniczeni katolicy, wyprowadzali ją na spotkania z biskupami, kapłanami i grupami świeckich katolików, działających w katakumbach XX wieku. Poznała wielu heroicznie poświęconych sprawom Bożym ludzi, zebrała bezcenne dla papieża informacje, zrobiła wiele zdjęć. Zdumiewała ją podziemna organizacja pracy duszpasterskiej na tak trudnym terenie, jakim był Związek Radziecki. Wszystkie uzyskane wieści, zgłaszane problemy, jak też własne obserwacje i doświadczenia musiała zanotować tylko w pamięci, bo jakiekolwiek zapiski mogły zostać przechwycone na granicy.

Ta trwająca 11 dni podróż zapoczątkowała całą serię wojaży Marii Teresy po krajach bloku komunistycznego. Gdzie mogła się udać, jechała jako turystka, gdzie nie mogła, Bóg jej udzielał daru bilokacji. Musiała znaleźć się wszędzie tam, gdzie Opatrzność widziała potrzebę pomocy, podtrzymania nadziei, załatwienia spraw wymagających pośrednictwa osoby, umożliwienia Kościołowi choćby niewielkiego działania. Dla wiernych cierpiących pod terrorem komunistycznym przyjazdy Marii Teresy były widomym znakiem tego, że Kościół o nich nie zapomniał, że się modli, że pomaga, myśli, że wie o ich cierpieniach – jednym słowem, że jest z nimi jednym Ciałem Mistycznym Chrystusa. To był bardzo ważny aspekt misji danej przez Boga włoskiej mistyczce.

Następca papieża Piusa XII, Jan XXIII, po zapoznaniu się z działalnością Marii Teresy poparł ją całym sercem. Dzięki temu udało się nawiązać szereg cennych więzi z Kościołem prześladowanym. Kardynał Stefan Wyszyński odzyskał wolność, a jako znawca systemu i metod komunistycznych, otrzymał od papieża specjalne pełnomocnictwa na obszar całego bloku komunistycznego. Papież uzyskał zwolnienie z łagru dla kardynała Josefa Slipyja, zwierzchnika Kościoła greckokatolickiego na Ukrainie, i zezwolenie na jego wyjazd do Rzymu. W Zagrzebiu mógł żyć na wolności i działać w pewnym zakresie arcybiskup Franjo Šeper, bliski powiernik duchowy Marii Teresy. Wielu tych przedstawicieli Kościoła Milczenia Maria Teresa znała w sposób duchowy, więc gdy znaleźli się w Rzymie, chcieli koniecznie ją zobaczyć „na żywo”. Rozpoczynający się II sobór watykański stwarzał ku temu nowe możliwości.

Były też i niepowetowane straty: w 1960 r. po długich cierpieniach zmarł kardynał Stepinac, prymas Chorwacji, dziś już błogosławiony. Ku wielkiemu żalowi Marii Teresy umarł też nagle w Monachium kardynał Joseph Wendel, niezmordowany w niesieniu pomocy Kościołowi na Wschodzie.

Cena ofiary

Kontakty, bilokacje, przekazywanie informacji i darów, organizowanie pomocy materialnej dla Kościoła Milczenia – wszystko to czyniła Maria Teresa z towarzyszeniem bezustannego cierpienia fizycznego i duchowego. Rozumiała, że w ten sposób uczestniczy w bólu i udrękach tych, którzy cierpią za wierność Chrystusowi. W roku 1959 pisała w swoich notatkach: „Widzę, jak nadchodzi zepsucie świata i sprawiedliwość Boga Ojca. Czuję, że nie mogę nic zrobić, bo ja również grzeszyłam zbyt wiele. Widzę burzliwe wydarzenia teraźniejsze i przyszłe, dostrzegam bezdenną otchłań zagłady, ale tę ciemną noc rozświetla jeszcze nikłe światełko miłosierdzia”.

Korzystając z mistycznego pośrednictwa Marii Teresy, jej spowiednik ks. Campana, znający orędzia fatimskie, w 1975 r. zadał następujące pytanie: „Czy zbliża się czas triumfu Matki Bożej nad satanistycznym materializmem?”. Odpowiedź brzmiała: „Już wkrótce! Lecz to będzie straszne! Nie dojdzie do unicestwienia ludzkości, ale niewiele będzie do tego brakowało!”.

Rok później, wobec wiadomości o ciągłych prześladowaniach, ks. Campana zapytał: „Czy krew tych męczenników pójdzie na marne?”. Odpowiedź była krótka: „Ani jedna kropla! Ani jedna kropla!”.

W r. 1963 zmarł Ojciec Święty Jan XXIII. Maria Teresa przez bilokację odwiedziła umierającego, który powiedział jej na pożegnanie: „Ofiarowałem swoje życie za sobór i Kościół Milczenia. Teraz umieram, ale ty musisz żyć dalej. Na mojej śmierci zbuduj sens i cel swojego życia”.

Jak życzył sobie błogosławiony Jan XXIII, sobór trwał nadal, a Maria Teresa, na zaproszenie kard. Stefana Wyszyńskiego, przyjechała do Polski
(cdn.).

Teresa Tyszkiewicz
Maria Teresa Carloni Książka dostępna w naszej księgarni wysyłkowej: www.milujciesie.org.pl, tel. 61 852 32 82

Maria Teresa Carloni cz. I

„Dla Boga nie ma nic niemożliwego”

(Łk 1, 37) 


Maria Teresa Carloni była jedną z największych mistyczek stygmatyczek, którą Jezus wybrał i przygotował do wypełnienia wielkiej misji w swoim Kościele.

Urodziła się w 1919 r. w Urbanii, w środkowych Włoszech, w rodzinie arystokratycznej, w której żywe były tradycje religijne, szlachetność oraz miłosierdzie. Rodziców straciła bardzo młodo: gdy miała 3 lata, jej matka zmarła na raka, a ojciec odszedł trzy miesiące później, także na skutek choroby nowotworowej. Malutką Marią Teresą oraz jej o 6 lat starszym bratem Adolfem zaopiekowała się babka, osoba o surowych zasadach religijnych i moralnych, dbająca przede wszystkim o to, by powierzone jej dzieci zdobyły wysokie wykształcenie, odpowiadające ich pozycji społecznej.

Jej metody wychowawcze natrafiały na bujny temperament i żelazną wolę wnuczki, co było źródłem częstych konfliktów. W dziecku rosła potrzeba miłości, ale – co ciekawe – bardziej jej dawania niż brania. „Kiedy miałam 5 lat, już śniłam o miłości. Zasypiałam, tuląc w ramionach brzydką lalkę, i płakałam, bo czułam się jej matką... Ta lalka pomogła mi zrozumieć, że należy cierpieć i kochać, nigdy o nic nie prosząc”.

Babka, tak wymagająca wobec wnuków, nie dostrzegła, że wśród służby domowej są osoby mogące gorszyć lub zatruć bezbożnością. Mała Maria Teresa nie miała przed kim wyjawić zasianych przez te osoby wątpliwości; napotkani spowiednicy nie stanęli na wysokości zadania, lekceważąc niepokoje dziecięcego sumienia. Ta sytuacja zatruła dziewczynce dzień Pierwszej Komunii św. Wydawało się jej, że przyjęła ją świętokradzko.

Kochała Pana Jezusa Eucharystycznego, ale bała się Go, bała się księży, spowiedzi, praktyk religijnych, nękały ją myśli samobójcze… Gdy miała 17 lat, postanowiła odbyć spowiedź generalną, ale trafiła fatalnie – na spowiednika, który nic nie zrozumiał. Uciekła od konfesjonału; już w drzwiach kościoła spojrzała na krucyfiks i rzuciła na pożegnanie słowa: „Jeszcze się spotkamy!”. I tak się stało. Ale droga powrotna Marii Teresy do Jezusa ukrzyżowanego nie była krótka…

Lata II wojny światowej spędziła na studiach w Rzymie oraz na pracy pielęgniarskiej, której poświęcała się bez reszty. W tym okresie, sama niepraktykująca, modliła się oraz umartwiała heroicznie w intencji nawrócenia rannych i umierających: „Cóż mogłam zrobić ja, biedna latorośl odcięta od winnego krzewu? Bezsenne noce na zimnej podłodze przy chorych, którzy i tak mieli umrzeć, lecz byli nieświadomi i zbuntowani. Żeby przynajmniej mogli zaznać spokoju! Całymi miesiącami niemal zapominałam o śnie; noce spędzałam w pustej kaplicy, leżąc krzyżem przed Najświętszym Sakramentem. O co prosiłam? O nic dla siebie samej, ponieważ nie zaliczałam się do żyjących. Prosiłam za tych, którzy jeszcze nie zostali wyłączeni z Kościoła”.

Znikąd nie miała duchowego wsparcia. Raz kapelan powiedział jej, że skoro nie chodzi na Mszę św. ani nie przystępuje do Komunii św., żyjąc w stanie grzechu ciężkiego, to wszystko, co robi, nie ma żadnej wartości. „Nikt mi nie powiedział, że Bóg jest miłosierny; nikt mi nie ukazał rąbka nadziei, że będę mogła się podnieść... Czułam, że im bardziej się oddalam od Boga, tym bardziej Go kocham”.

Pracując podczas wojny w szpitalu, poznała młodego, ofiarnego lekarza, z którym połączyło ją głębokie uczucie. Niestety, spotkało ją kolejne nieszczęście: kiedy pewnego wieczoru, już z nastaniem godziny policyjnej, szli razem na nocny dyżur, zatrzymał ich patrol i zanim zdążyli okazać swoje przepustki, policjant strzelił do lekarza. Maria Teresa nie zdążyła przenieść rannego do szpitala – zmarł po drodze... Dla niej było to pożegnanie z myślą o miłości małżeńskiej.

Kiedy wojna się skończyła, Maria Teresa miała 26 lat i nie bardzo wiedziała, co dalej ze sobą zrobić. Ukończyła studia pedagogiczne, ale praca nauczycielska jej nie odpowiadała, już wolała się poświęcić pracy pielęgniarskiej, bo wszystko, co robiła, chciała czynić z pasją. Jej dewizą życiową było: „Albo wszystko, albo nic; zrobiłam wszystko, co było możliwe, a co jest niemożliwe – jeszcze zrobię”. Rodzina Marii nie akceptowała jej pomysłu na pracę pielęgniarki, myślała o wydaniu jej za mąż. W tym czasie brat Marii, który założył już własną rodzinę, wyprowadził się z Urbanii, a jej babka akurat poważnie zachorowała. Maria Teresa zabiegała o to, aby chora, której dni były policzone, przed śmiercią zbliżyła się do Boga. Mógł jej w tym pomóc jakiś światły kapłan, więc zwróciła się do swego proboszcza, ks. Cristofora Campany’ego. Ten zajął się chorą, która w maju 1951 r. zmarła w pokoju serca.

Maria Teresa została zupełnie sama, na rozdrożu. Przyszły pokusy samobójstwa... „Przygnieciona tym wszystkim, wyczerpana, owładnięta lękiem, że umrę, nie zrobiwszy nic, co miałoby jakąkolwiek wartość, rozpaczliwym aktem woli zdobyłam się na jeszcze jedną próbę spowiedzi, przysięgając, że to będzie ostatni raz” – wyznaje. „Przygotowywałam się cały tydzień, intensywną modlitwą i surowymi umartwieniami... To dziwne, ale prawdziwe: od razu zrozumiałam, że ów rozpaczliwy akt woli był łaską. Mój proboszcz wcale mnie nie odepchnął, jak się spodziewałam, wcale się nie zdziwił, wcale mnie nie potępił... Szesnastogodzinna spowiedź, podzielona na trzy etapy, pozwoliła mi wreszcie zrzucić z ramion ogromny ciężar i przywróciła mi spokój”.

Po tej spowiedzi nastąpiły dalsze. Ksiądz Campany szybko się zorientował, że jego penitentka dąży do głębszego życia religijnego, do pokuty, do ofiary z siebie i zjednoczenia z Bogiem. Wyrażała pragnienie złożenia ślubu czystości, ale spowiednik ociągał się z przyzwoleniem, zważywszy na to, że Maria Teresa była młoda i bardzo urodziwa. W końcu jednak zezwolił. Wbrew woli swych krewnych Maria Teresa podjęła się pracy pielęgniarskiej w Fundacji im. św. Kamila w Mediolanie. Utrzymywała jednakże stały kontakt ze swoim kierownikiem duchowym w Urbanii, pisząc mu o wszystkim, co się z nią dzieje.

Z początkiem 1952 r. w swych listach do niego zaczęła się zwierzać z nowych zjawisk w swoim życiu. W pewnych momentach stawała się zupełnie obojętna na świat ją otaczający, natomiast odczuwała w swoim wnętrzu obecność jakby drugiej osoby, która mówiła do niej. Działo się to we wtorki i piątki. Ten wewnętrzny głos z czasem stawał się tak intensywny, że musiała się wtedy zamknąć w swoim pokoju, aby nie zauważono, co się z nią dzieje.

„Głos” mówił, a potem ona odpowiadała. Po zakończeniu pracy w dziełach kamiliańskich w Mediolanie oraz powrocie Marii Teresy do Urbanii ks. Campany sam stawał się świadkiem tych stanów swojej penitentki; nakazał jej staranne zapisywanie wszystkiego, co jej przekazywał „głos”. Tak opisał przebieg tego mistycznego dialogu, którego sam był świadkiem: „Kiedy rozmawiała ze mną, widziałem, jak przymyka oczy, staje się jakby nieobecna, prowadzi dialog z »kimś« niewidzialnym, lecz obecnym w jej wyobraźni. Trwało to około kwadransa albo pół godziny, a potem wszystko wracało do normy... Toczący się dialog zawsze miał charakter duchowy i przebiegał w całkowitej zgodności z nauczaniem Kościoła. Było to wezwanie do coraz intensywniejszej miłości Boga, wypowiadane w pierwszej i drugiej osobie: »ja« i »ty«”.

„Głos” zwracał się też z poleceniami do kierownika duchowego, zawsze za pośrednictwem Marii Teresy. W marcu 1952 r. ksiądz usłyszał: „Pragnę powtórzyć w tej duszy moją mękę. Ty, będąc jej ojcem duchownym, możesz to przyjąć lub odrzucić, ponieważ sprawujesz władzę w moim imieniu, lecz wiedz, że taka jest moja wola”. „Ale kim jesteś?” – zapytałem, choć rozumiałem doskonale, Kto to był. „Jam jest Jezus – usłyszałem w odpowiedzi – ta dusza ofiarowała Mi się, a Ja przyjąłem jej ofiarę”.

Krótko potem spowiednik, chcąc się przekonać, w jakim stopniu Maria Teresa jest świadoma i przygotowana na spełnienie woli Pana Jezusa, zadał jej pytanie, czy zgadza się, by zjednoczenie z Panem było zjednoczeniem w Jego męce. Maria Teresa odpowiedziała: „Gdyby tego ode mnie chciał – jestem gotowa”. Odtąd w każdy piątek między godziną 12 a 15 przeżywała 3 godziny agonii Pana Jezusa na krzyżu. Na polecenie spowiednika poddała się badaniu przez psychiatrę, ale lekarz nie stwierdził u niej żadnego odchylenia od normy. Jesienią 1952 r. wystąpiły u Marii Teresy stygmaty.

Dwa miesiące później „głos” nakazał spowiednikowi sprowadzić Marię Teresę do pustej kaplicy przylegającej do kościoła na duchowe zaślubiny. Gdy uklękła przed ołtarzem, usłyszała, że: „Pan Jezus zgadza się być oblubieńcem, ale chce, by Jego oblubienica upodobniła się do Niego: będzie prześladowana, deptana, oczerniania, będzie cierpieć na ciele i duszy... Kiedy ludzie będą nią pogardzali, zostanie przyjęta przez Boga niczym najcenniejsza perła, nabyta i wydana jako zapłata za cenę nieba dla wielu dusz”. Do spowiednika zostały natomiast skierowane słowa: „Podejdź do ołtarza, weź złotą obrączkę, która leży pod obrusem, i załóż ją mojej oblubienicy, jako namacalny znak moich zaślubin”. Ksiądz tak uczynił; pod obrusem, przy tabernakulum, znalazł złotą obrączkę, której przedtem nigdy tam nie widział. Nałożył ją Marii Teresie, mówiąc: „To nie ode mnie. Ktoś daje ci tę obrączkę na znak swego zjednoczenia z tobą”. W ten oto sposób Maria Teresa została wybrana i przygotowana do tej wielkiej misji, jaką miała spełnić w Kościele.

Jak wyglądał wstęp do tej misji? Oddajmy głos spowiednikowi Marii Teresy: „4 stycznia 1953 r. zmarła w Rosji Iwana Puszkin, wnuczka [raczej prawnuczka – przyp. mój: T.T.] wielkiego rosyjskiego poety. Potajemnie wyznawała ona wiarę katolicką, organizowała Kościół podziemny i ofiarowała swe życie za zbawienie Rosji, świadomie wykluczając duszę Stalina, gdyż przerażał ją ogrom popełnionych przez niego zbrodni. Pewnego piątku, podczas trzygodzinnej agonii Marii Teresy, zostałem powiadomiony o śmierci tej kobiety. Zostało mi przekazane, że mam zapytać Marię Teresę, czy zechciałaby przyjąć jej ofiarę w zastępstwie, wraz ze wszystkimi skutkami, jakie wiązały się z ofiarą za Rosję oraz, co oczywiste, za wszystkie kraje zdominowane przez Rosję, którym usiłowano narzucić doktrynę materializmu ateistycznego. Zapytałem ją o to, jeszcze zanim skończyły się trzy godziny cierpienia. Odpowiedziała mi: »Jeśli Pan tego chce i jeśli da mi potrzebną siłę, zgadzam się«. Od tej pory Maria Teresa czuła, jak cierpienia nasilają się stopniowo, przytłaczając jej ducha ogromnym smutkiem”.

Do dotychczasowych cierpień fizycznych i moralnych doszły ataki szatana, który dokuczał jej fizycznie, kalecząc i raniąc, oraz krytyka i pomówienia ze strony otoczenia. Ponieważ widywano proboszcza często udającego się do niej, zaczęła krążyć plotka, że łączą go z Marią Teresą nie tylko potrzeby duszpasterskie. Ksiądz Campany zwrócił się nawet w tej sprawie do biskupa ordynariusza, a ten polecił nie zaprzestawać opieki duchowej nad mistyczką, skoro jest taka potrzeba.

Oddajmy znów głos spowiednikowi: „Na początku marca podano wiadomość, że Stalin został dotknięty paraliżem i był bliski śmierci. W następny piątek, zanim zaczęło się trzygodzinne cierpienie, »ten sam głos« powiedział do mnie: »Teraz cię o coś poproszę, jeśli na to pozwolisz i jeśli zgodzi się ta istota. Zanim Stalin umrze, pomimo jego zbrodni chcę dać mu możliwość zbawienia, tak samo jak wszystkim duszom odkupionym. Jeśli wyrazicie zgodę, proszę cię o ofiarowanie tych trzech godzin za duszę Stalina. Ale niech nie przerażą ciebie cierpienia tej istoty«. Zapytałem Marię Teresę, czy zechce złożyć tę ofiarę: zgodziła się. Trzygodzinne cierpienie miało miejsce, jak zwykle, w tym samym ustronnym pokoju. Było to po południu. Przez cały czas byłem przy tym obecny. Nigdy nie zapomnę tych trzech godzin. Nigdy więcej nie widziałem podobnego cierpienia... także w sensie fizycznym... Płakałem z przerażenia i miałem ochotę krzyczeć: »Dosyć! Dosyć!«”. „Czy Stalin skorzystał z tej ostatniej łaski?” – pytał ks. Campany. Do ostatnich chwil życia Bóg daje człowiekowi możność żalu za grzechy i zwrócenia się do miłosierdzia Bożego. Otoczeniu może się wydawać, że nie ma z chorym żadnego kontaktu, ale Bóg ma swoje niewidoczne drogi. „Miłosierdzie Boże – pisała w swym Dzienniczku św. s. Faustyna – dosięga nieraz grzesznika w ostatniej chwili, w sposób dziwny i tajemniczy. Na zewnątrz widzimy, jakoby wszystko było stracone, lecz nie tak jest; dusza, oświecona promieniem silnej łaski Bożej ostatecznej, zwraca się do Boga w ostatnim momencie z taką siłą miłości, że w jednej chwili otrzymuje od Boga przebaczenie win i kar. O, jak niezbadane jest miłosierdzie Boże. Ale, o zgrozo! Są też dusze, które dobrowolnie i świadomie tę łaskę odrzucają i nią gardzą. Chociaż już w samym skonaniu, Bóg miłosierny daje duszy ten moment jasny wewnętrzny, że jeżeli dusza chce, ma możność wrócić do Boga. Lecz nieraz u dusz jest zatwardziałość tak wielka, że świadomie wybierają piekło, udaremniają wszystkie modlitwy, jakie inne dusze za nimi do Boga zanoszą i nawet same wysiłki Boże” (Dz. 1698).

Relacje z ostatnich chwil Stalina przekazała w swoich pamiętnikach jego córka Swietłana. Mieszkała w tym samym co ojciec apartamencie na Kremlu, ale kontaktu z nim nie miała łatwego, gdyż Ławrientij Beria, szykujący się do objęcia władzy po Stalinie, otaczał go pierścieniem ochrony tak ciasnym, że nawet córka nie mogła widywać ojca. Gdy dotarła do niej wieść, że jest poważnie chory, zdobyła się na odwagę i pokonawszy – groźbą, prośbą, a jak trzeba było, to również przy użyciu siły – poszczególne posterunki, dotarła do łoża ojca. Zaraz się zorientowała, że stan chorego jest bardzo ciężki. Stalin był nieprzytomny, oczy miał zamknięte. Swietłana usiadła przy jego łóżku i postanowiła nie ruszyć się stamtąd aż do końca. W pewnym momencie zauważyła, że umierający otworzył oczy i spojrzał na nią. I wtedy dostrzegła w tych oczach tak obłędny strach, że sama zmartwiała. Kilka chwil potem Stalin nie żył.
(cdn.)

Teresa Tyszkiewicz

Źródło: Alberto di Chio, Luciana Mirri: Maria Teresa Carloni – apostołka prześladowanego Kościoła, Wydawnictwo Sióstr Loretanek, Warszawa 2009.

Twitter Delicious Facebook Digg Stumbleupon Favorites More